Londyn, Cambridge, Stratford – „W oczekiwaniu na śliwki”

Napisany przez dnia Lip 30, 2012 w Ludzie, onmyway.pl, Podróż | 1 komentarz

Londyn, Cambridge, Stratford – „W oczekiwaniu na śliwki”

Wakacje, zawsze są czasem, w którym można zdobyć nowe doświadczenia, niekoniecznie związane z naszym kierunkiem, zainteresowaniami. Można posmakować czegoś zupełnie nowego. Polecieliśmy do Anglii na niecałe 2 miesiące, bez konkretnych planów, dzięki czemu kolejne dni były ciekawe, dawały zupełnie nowe możliwości. Tak też doświadczyliśmy zbierania śliwek, wolontariatu w Charity Shop oraz podróżowania po wyspie.

 

 

17.07

Pierwszy dzień w Anglii. Po długim śnie przyszła pora na Cambridge. Miasto znane ze swoich uczelni, marzenie wielu kandydatów na studia.

Miejsce to odwiedzałem po raz trzeci, tak więc taktyka trochę się zmieniła. Zaczęliśmy od poszukiwań co się dzieje 17 Lipca w Cambridge. Na naszej liście znalazło się kilka wystaw. Najważniejsza z nich to EXPOSURE! – czyli wystawa zdjęć Cliva Barda (http://www.clivebarda.com/) światowej sławy fotografa muzyków i artystów scenicznych. Mimo wielkiej otoczki wystawa nas nie zachwyciła, co nie zmienia faktu, że warto było ją „zaliczyć” oraz stanąć twarzą w twarz z artystą.

Kolejnym punktem naszej wycieczki było Muzeum Antropologii i Archeologii. Tam czekała na nas wystawa „Unlimited Global Alchemy” (http://www.unlimitedglobalalchemy.com/) tutaj zainteresowani mogą przeczytać więcej. Cały projekt był niesamowicie ciekawy. Zobaczyliśmy dużą ilość eksponatów z prawie każdego zakątka Ziemi. Tradycyjnych ubrań, narzędzi, broni czy nawet łodzi i totemów. Afryka, Azja, Nowa Zelandia, Australia – każde z tych miejsc miało tutaj swoją gablotę. Naszą uwagę przykuły również dokument, w którym były wywiady z kobietami z HIV.

Trzecim punktem naszego pobytu był legendarny pub The Eagle, otwarty w 1667. Największe ciekawostki z nim związane to podpisy lotników którzy wrócili z II Wojny Światowej na suficie oraz fakt, że w tym pubie (1953r.) Francis Crick ogłosił, że on i James Watson odkryli „sekret życia” czyli DNA.

 

  

 

21.07

I LOVE LONDON – jak w piosence Crystal Fighters, czyt. my w Londynie. Udało nam się trafić na znakomitą pogodę, słońce oświetlało nam Big Bena i inne atrakcje, z ust nie schodził uśmiech. Po kilku podstawowych punktach trasy „zwiedzania” takich jak wyżej wspomniany Big Ben, Buckingham Palace, London Eye czy Piccadilly Circus przyszedł czas na kulturę. Na pierwszy ogień National Gallery. Pierwsze spotkanie oko w oko ze słonecznikami Van Gogha, chwile skupienia nad obrazem Samsona poparte analizą piosenki Reginy Spector – Samson. Da Vinci, Rubens, a za rogiem Monet. Jest w tym coś mistycznego, poczucie wielkości tych ludzi i ich dzieł, które emanują energią. POLECAM.

Pod Tower Bridge spotykamy policjantów robiących sobie zdjęcia z mostem dokładnie tak samo jak my. Na pytanie czy zrobi sobie z nami zdjęcie od razu odpowiada twierdząco. Co ciekawe, mówi że pracuje w Szkocji. Szkocji? To co robi tutaj w mundurze? Odpowiedź: Olimpiada. W Londynie pełno policji z całych Wysp Brytyjskich. Później dla potwierdzenia czytam na jego mundurze : Police of Scotland.

W planie był Damien Hirst, którego wystawa trwała w najlepsze w Tate Modern. Optymistycznie wchodzimy do budynku, lecimy na 2 piętro by dowiedzieć się, że jednak wystawa jest płatna. Wracamy na parter, zderzenie z rzeczywistością –bilet za 15 funtów. Gdy najpierw bezpłatnie oglądasz Van Gogha, Rembranta, Michała Anioła czy Rubensa trudno nagle dać tyle pieniędzy za Damiena Hirsta i jego formalinę. Tamci często byli biedakami, on jest milionerem. Eh.. Druga opcja, wystawa Muncha, też 15 funtów.. uparli się na tą cenę. Chętnie zobaczyłbym Krzyk na żywo, ale chyba jednak wole ten swój z Homerem Simpsonem nad łóżkiem. Musimy się pocieszyć myślą, że byliśmy w tym samym budynku co ten obraz. Na osłodę fundujemy sobie zimnego Guinnessa. Na schodach przy patio na którym siedzimy, gra na gitarze przepalony, zarośnięty młody Hiszpan. Miło, ale czas wracać na dworzec, złapać ostatni pociąg i jeśli się uda to miejsce siedzące. Dobranoc.

 

 

23.07

Nie chcąc stracić kolejnego pięknego, gorącego dnia na oczekiwanie pojechaliśmy do Stratford – miasteczka Shakespeare’a. Jest poniedziałek, przed 12:00 a turystów i tak nie brakuje. Miejscowość jest urocza i zadbana. Małe budynki z czerwonej cegły przeplatają się z czarno-białymi „cottage”. Główną atrakcją jest oczywiście dom, w którym urodził się William. (http://www.shakespeare.org.uk/visit-the-houses/shakespeares-birthplace.html)

W dniu dzisiejszym znowu zwróciłem uwagę na to jacy mili są pracownicy transportu w Anglii, a przynajmniej wszyscy, których do tej pory spotkałem. Nie robią łaski, że sprzedadzą Ci bilet lub powiedzą jaki to przystanek. Cóż za wspaniałe odróżnienie, w stosunku do doświadczeń jakie mamy w Polsce. Co więcej z uśmiechem na twarzy doradzają Ci, że lepszy dla Ciebie będzie taki bilet, zapłacisz mniej, przejedziesz więcej. Nie mogę wyjść z zachwytu nad nimi, a dokładniej nad ich podejściem do tego co robią. Myśląc o tym doszedłem do wniosku, że dla nich dzień jest o wiele milszy, a praca przyjemniejsza, gdy czują się potrzebni, znają się na czymś, mogą pomóc ludziom. Zmniejsza się prawdopodobieństwo zawałów, nikt nie krzyczy i Ci co chcą, są szczęśliwi.

 

 

 

Autorką wszystkich zdjęć jest Olga Dubinin.
Kontakt: olgadubinin@op.pl 

 

WykopShare

1 Komentarz

  1. Zatrudnieni w spedycji,magazynach w Anglii jako ludzie są mili i najważniejsze, nigdy im się nie spieszy.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *