„Cats without tails” – Indonezja, część 1

Napisany przez dnia Wrz 2, 2013 w Ludzie, onmyway.pl, Podróż | 1 komentarz

„Cats without tails” – Indonezja, część 1

Kiedy postawiłem pierwszy krok na indonezyjskiej ziemi, wszystko wydawało mi się małe, dziwne, podejrzane. Pomijając fakt zmęczenia po blisko 30 godzinach podróży, czułem się po prostu obco. W głowie ciągle przewijał się napis z karty imigracyjnej „DEATH PENALTY FOR DRUGS TRAFFICERS UNDER INDONESIAN LAW” – przed wyjazdem przeczytałem kilka historii o podrzuconych narkotykach, przypadku. Tak więc plecak trzymałem bardzo blisko siebie, obserwując wszystkich dookoła, gdy czekałem na bagaż, który jak już pisałem nie dotarł.

 

 

Tak, wiem że miałem pisać i publikować na bieżąco, miałem robić dużo zdjęć. Zdecydowałem się przeżywać – nie żałuję. Teraz nadrabiam.

 

1. Pierwsze zdziwienie

Dlaczego 3-metrową taśmę bagażową obsługuje pięciu Indonezyjczyków, z których trzech było nieletnich? Po co? Jak się później okazało to standard w tym niesamowitym kraju. W restauracji zero ruchu, siedzi dwóch klientów – dziesięciu kelnerów gotowych do pracy (w Europie dwie osoby byłyby w stanie obsłużyć wszystkie dostępne stoliki). Sklep – trzy osoby stoją przy jednej kasie, autobus – oprócz kierowcy jest jeszcze osoba mówiąca na jakim przystanku się zatrzymujemy i naganiająca ludzi do środka, gdziekolwiek indziej – zawsze nadmiar pracowników, którzy praktycznie nic nie robią. Może to sposób na walkę z bezrobociem?

 

2. Ciepło/Zimno

Nie było spodziewanego uderzenia ciepła, temperatura na Jawie Zachodniej jest przyjemna (w okolicach Bandung, bo w Jakarcie już nie), średnio 25-26 stopni Celsjusza, wilgotność też nie jest problemem. Było za to niespodziewane uderzenie zimna, pod prysznicem. Na początku lodowata woda sącząca się na nagrzane słońcem ciało nie była niczym przyjemnym, była wręcz karą. Nie mniej jednak, z dnia na dzień człowiek przyzwyczajał się do niej, aż w końcu stało się to normalne – na tyle normalne, że nawet po powrocie do Polski nadal biorę tylko zimny prysznic.

 

bule

 

3. Akademik

Pierwsze 4 tygodnie mieszkaliśmy w akademiku Univirsitas Padjadjaran (w skrócie UNPAD). Był to dwupiętrowy budynek, z zewnątrz wyglądający bardzo ładnie. Pierwsze piętro dla kobiet, drugie dla mężczyzn, na każdym piętrze Musholla – czyli miejsce na modlitwę dla muzułmanów. Parter stanowił centrum naszego życia towarzyskiego, kilka kanap, stolik idealne miejsce na posiłek, rozmowę, a jak się potem okazało również na piwo – w końcu jak lepiej się poznać jak nie przy butelce zimnego Bintang’a? Wewnątrz nie było pięknie, nie było czysto, ale to schodziło zupełnie na drugi plan, najważniejsi byli ludzie i praca. To oni sprawili, że kiedy mieliśmy się wyprowadzić (do w zasadzie lepszych warunków) nikomu nie było to w smak. Ramadan (o którym więcej, później) sprawił, że w tzw. salonie siedzieliśmy do 3-4 poznając inne kultury, obyczaje, łamiąc stereotypy, a przede wszystkim poznając siebie nawzajem.

 

akademik

 

Kiedy pierwszy raz do niego wszedłem, wszyscy czekali już na wyjazd na pierwsze szkolenie. Wszyscy, czyli wtedy blisko 18 osób z całego świata (Anglia, Niemcy, Szwajcaria, Lichtenstein, Litwa, Belgia, Holandia, Rosja, Portugalia, Czechy, Maroko, Egipt, Pakistan, Tajwan, Korea Płd., Wietnam) – w sumie było nas 21 osób. Oni znali się już co najmniej dzień, więc cisza towarzysząca naszemu (ja i znajoma z Belgii) wejściu była niezręczna, wtedy zupełnie nie przypuszczałem, że te 6 tygodni spędzonych razem pozwoli nawiązać tak dobre znajomości, a nawet przyjaźnie. Szybki, wspomniany wyżej prysznic, z kupionym po drodze z lotniska ręcznikiem i znowu w drogę, tym razem na pierwsze szkolenie.

 

IMG_1856

 

4. Projekt

Social Enterprise Project – praktyka/wolontariat; zostaliśmy podzieleni na 3-4 osobowe grupy, każda grupa dostała 2 firmy, jedną większą, rozwiniętą (restauracja, knajpka) i drugą lokalną, małą (np. producenci souvenirów, producenci krakersów z tofu, producent toreb i plecaków, producent pistoletów itp.). Projekt zakładał, że byliśmy Consultantami z ramienia Aiesec działającego na Universitas Padjadjaran, Bandung. Do podstawowych zadań należało więc rozpoznanie sytuacji, wskazanie słabych i mocnych punktów i próba znalezienia możliwych rozwiązań. Zadanie nałożone na nas z góry to stworzyć Company Profile i Business Plan, jak się później okazało, dla niektórych to był tydzień pracy, a dla innych wymagające 3 tygodnie. Wymagające nie ze względu na umiejętności, ale potrzeby firm i możliwość uzyskania informacji.

Tworzyłem grupę z osobami z Niemiec, Lichtenstein i Tajwanu – nasze firmy to lokalny producent souvenirów, głównie drewnianych i najlepsza w „mieście” knajpka CheCo.

4.1 Local SME

Pierwsza firma okazała się być najbardziej wymagająca, nie ze względu na właścicieli, ale na ogrom pracy jaką mogliśmy dla nich wykonać. Pierwsze spotkania to długie rozmowy na temat historii firmy, bieżącej sytuacji, aktualnych problemów, możliwości, planów, a także zwiedzanie firmy. Zacznijmy od tego, że praktycznie żadna lokalna firma w Indonezji nie jest zarejestrowana (według prawa, nie jest to niezbędne dopóki nie osiągnie się w ciągu roku określonego dochodu. Nie mniej jednak istnieje też problem z dochodem, bo firmy nie prowadzą żadnych ksiąg, po prostu nie mają pojęcia ile zarabiają/tracą w ciągu miesiąc, czy rok. Nie są w stanie podać konkretnej marży, żyją z dnia na dzień.), nie posiada żadnych licencji, zapisów. Wszystko jest „umowne” – dodatkowo prawie nikt nie zawiera z nikim umów na piśmie, wszystko jest na słowo.

 

DSCN3104

 

4.2 Boss?

Kontynuując, zwiedzanie firmy okazało się być chodzeniem po całej wsi, która zajmowała się produkcją. Każdy „pracownik” brał materiały i swoją pracę wykonywał w domu, w salonie, na dachu, w garażu, przed drzwiami – gdziekolwiek. Znaleźliśmy w tym szansę na uzależnienie od hurtownika (zajęło nam kilka dni, by rozwikłać ich nazwę dla zwykłego wholesalera – ciągle powtarzali BOSS – skoro oni są właścicielami tej firmy, to o jakiego boss’a może chodzić?), który stanowił do tej pory ich jedyne źródło zamówień, czyli również gotówki. Byli i póki co nadal są zależni od niego, co oznacza ciągle zaniżanie ceny i coraz trudniejsza sytuację.

4.3 Art Village

Wspólnymi siłami doszliśmy do pomysłu na stworzenie tzw. Art Village. Ci ludzie zajmują się tym od kilku pokoleń, wiąże ich tradycja i historia, wioska ma swój urok i już sam spacer przez nią w promieniach słońca jest wyjątkowym doświadczeniem. Nasza idea wiąże się z zaproszeniem turystów do wsi, umożliwienie takiego spaceru jaki my odbyliśmy kilka razy, połączonego z tradycyjnym indonezyjskim jedzeniem, usłyszeniem historii, możliwością zobaczenia jak tworzy się te wszystkie produkty, a przede wszystkim możliwością samemu spróbowania wykonania tych produktów. W między czasie pokazuje się souveniry, które są w śmiesznie niskich cenach. Dla porównania, drewniana maska wielkości pół metra, pomalowana w niezwykłe wzory u nas w sklepie kosztowałaby koło 200zł, kupując ją bezpośrednio od nich, płacimy mniej niż 20zł.

 

DSCN2982

 

4.4 Eksperyment

Na koniec wykonaliśmy mały eksperyment, i wzięliśmy naszą całą grupę na taki „spacer” – założenia z prognoz finansowych jakie wykonałem dla tego projektu potwierdziły się, ludzie są skłonni kupić więcej souvenirów w wiosce, widząc jak się je tworzy, czy też angażując się w ich tworzenie niż w sklepie przepełnionym nimi. Z naszą pracą w tym miejscu wiązało się też spotkanie z Mayor’em ów wsi (powiedzmy taki nasz wójt), na który udaliśmy się z gotowym biznes planem. Tutaj właśnie widać jak postrzegani są ludzie z Europy, nasze dobre słowo, a przede wszystkim obecność zapewniły pełne poparcie Mayora i pomoc w przyszłości, a nawet poprawienie infrastruktury by projekt mógł być bardziej udany.

Mamy nadzieję, że po naszym wyjeździe firma będzie prowadzić bardzo uproszczony rachunek zysków i strat i rejestrować przepływy pieniężne, czego umiejętność również przekazaliśmy.

 

IMG_29481

 

5. Ramadan

Jak wiadomo, Indonezja to największy muzułmański kraj na świecie. Ponad 94% społeczeństwa wyznaje tę religię. Los chciał, że większość mojej obecności na Jawie pokryła się z Ramadanem. W gwoli ścisłości (ale nie wdając się w szczegóły, bo ekspertem nie jestem) Ramadan to miesiąc, w którym muzułmanie poszczą. Jeść można tylko po zachodzie słońca. Tak więc pierwszy posiłek jest zaraz po zajściu słońca za horyzont (w Indonezji dosyć wcześnie bo 17-18), a ostatni koło 3-4 rano. Co to dla nas oznaczało? Nie wszędzie można było zjeść, jeśli można było to np. food court w, powiedzmy, galerii handlowej był okrążony zasłonami, a większość knajp nie otwiera się do 16. Często zdarzało się, że czekaliśmy razem ze znajomymi na tzw. breakfasting, czyli przerwanie postu i jedliśmy razem obiad. Natomiast po 17 ciężko było podjąć decyzję gdzie zjeść, bo ulice były pełne stoisk z jedzeniem , w knajpach nie było miejsca, wszędzie był tłum ludzi. Kolejny fakt łączący się z Ramadanem, to wzmożone modlitwy/nawoływania z meczetów, z których jeden zaczynał się koło 3 w nocy i trwał dobre 30-40minute. Meczet znajdował się mniej niż 100 metrów w linii prostej od Akademika, także pierwsze kilka nocy było nieprzespanych. Później można było się już przyzwyczaić.

 

Dlaczego „Cats without tails”? Na to pytanie odpowiedź na końcu serii o Indonezji.

 

WykopShare

1 Komentarz

  1. Fajnie to wszystko opisałeś, bardzo szczegółowo. Po przeczytaniu Twojego wpisu, aż chciałoby się przeżyć dokładnie to samo. Do tego zdjęcia, które w znakomity sposób pokazują to jak się tam czułeś i co widziałeś.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *